poniedziałek, 19 września 2016

Stambulski chaos (nie)oswojony


Stambuł to topograficzny bajzel w osobliwym stylu. Rzadko kto posługuje się tu nazwami ulic, niektóre z nich nie są zresztą oznakowane. Numeracja budynków jest często podwójna, choć zdarza się, że… nie ma jej wcale. Mało kto pamięta kod pocztowy swojej dzielnicy, a opisując drogę stosuje się metodę nakierowywania i szeregu znaków rozpoznawczych: tu sklep, tam bank, po przekątnej do stacji metra, a potem w prawo… Miejska gra w podchody dla harcerskich dusz.

Stambuł to specyficzny bajzel uliczny. Chodnik splata się z jezdnią w drogowym tańcu-improwizacji. Zielone – patrz uważnie, to zmyłka; skręcający z piskiem opon samochód postanawia właśnie zaparkować na przejściu dla pieszych, u twych stóp. Czerwone – gromada pieszych przechodzi na drugą stronę ulicy mimo zakazu, w tempie objedzonych zombie w stanie półsnu. W obowiązkowym akompaniamencie chóru klaksonów.

Stambuł to wreszcie uliczny bajzel ludzkich interakcji, zwykle przypadkowych. Tych mniej przyjemnych (wachlarz niechcianych kontaktów: od potknięć, przez szturchnięcia po różnego rodzaju zderzenia) oraz będących miłym zaskoczeniem spotkań ze znajomymi. Samotny spacer zatłoczoną aleją rekomendowany bardzo szybkim tempem i mocnymi pchnięciami łokci, bez odwracania głowy na nawoływania kelnerów.

niedziela, 28 sierpnia 2016

Stambuł: instrukcja obsługi


Przed użyciem przeczytaj uważnie ulotkę
Więc jest takie piękne miejsce, o którym na pewno nie mówili wam zbyt wiele rodzice ani  nawet nauczyciele (chyba, że myląc je ze stolicą Turcji, Ankarą). Znajduje się na naszej planecie Ziemi, choć wygląda jak kraina ze snu lub innego filmu drogi albo jakichś tam urojonych wizji postmodernistycznego poety.
Prezentuje się tak z lotu ptaka, bo im niżej, tym wyraźniej widać korki, tłumy, ogólną nerwowość i rys pewnego szaleństwa. Zanieczyszczenia powietrza raczej nie (chyba, że z Wysp Książęcych), choć być musi: tyle tu w końcu ludzi, a więc samochodów, spalin, fabryk… Może Bosfor i morza przewiewają, ergo przeczyszczają. Tak się tu wszyscy łudzimy, takie sobie opowiadamy legendy. Tego nam trzeba.
Nie mówi się o tej krainie cudów za wiele – najbliżsi nie chcą pakować ukochanych w miasto, które zasysa i nie pozwala się wyrwać; mieszkańcy nie życzą sobie rywali, robią więc rajowi na ziemi złą reklamę. I tak się ten młyn kręci. Do czasu, aż nowa przypadkowa śliwka wpadnie w przepełniony owocami turecki kompot.


W razie problemu skonsultuj się z… psychoterapeutą
Kompot zaczyna wypływać z baniaków jeszcze przed procesem fermentacji. Moneta „wszystko się może zdarzyć” z jej dwiema stronami: miłe niespodzianki versus wywrócenie pozornego ładu do góry nogami. Tego samego wieczoru jest kolacja, rakı, impreza i nieudana próba zamachu stanu.
Następnego dnia jest czołg na ulicy, z którego wesoły (a jak) policjant macha mijanym samochodom i ich zdezorientowanym nie bardziej niż zwykle kierowcom. Potem znajomi zapraszają na obiad i jest najlepsza sobota miesiąca. I wszystkim wydaje się, że to normalne. I trudno zrozumieć, że ci z zagranicy się martwią i dzwonią i pytają. I dziwią ich odpowiedzi. Oto stambulska rutyna – przejawia się w jej totalnym braku.
Można oczywiście próbować wyjaśniać fenomen Stambułu w sposób racjonalny. Pięknie położony, otoczony wodą, z ciekawą, choć czasem przerażającą architekturą. Chaotyczny i nieprzewidywalny, ale właśnie dzięki temu tak barwny i ekscytujący. Historia z brutalnie wdzierającą się w zabytkowe mury nowoczesnością.

Co jednak najważniejsze, jest w tym mieście (poza oczywistym wizualnym pięknem pomieszanym z pociągającą brzydotą) jakaś niesamowita energia, którą trudno znaleźć gdzie indziej. To poczucie, że każda następna minuta może wywrócić wszystko do góry nogami… co i tak jest nieważne, bo podejdzie ktoś, kto poda rękę, a potem zaprosi do domu na kolację z rodziną i w ogóle to zostaniecie w pół godziny najlepszymi przyjaciółmi.



poniedziałek, 8 sierpnia 2016

Stambulskie zmiany


Ostatnie dni razem, co mogę ci powiedzieć? Byliśmy świetnie dobrani, ale z upływem czasu nasze drogi zaczęły się rozchodzić. Mogłabym zostać, ale nie chcę się „zasiedzieć”, wolę z lekkim bagażem ruszyć w nowym kierunku. Poza tym nie stać mnie już na takie tempo, a ty nie zniesiesz mojej większej niezależności. Z tych wszystkich emocji zasypiam ostatnio po 22, a budzę przed 6, razem z mewami. Na tarasie przyjemny chłód, tuż przed wschodem słońca. Ezan, kawa. Będzie ciężko, ale kuchenka i lodówka już poszły, jutro ktoś odbiera szafę.

To nasz ostatni tydzień, nie kłóćmy się, rozstańmy bez scen. Nie będę rozbijać talerzy o ściany, a ty nie odstraszaj, proszę, nowych lokatorów.


Cihangir. Pięć lat, pięć minut od placu Taksim, pięć minut do Bosforu. Chciałoby się powiedzieć – pięć lir za lampkę wina, ale – niestety – aż dwadzieścia.

Cihangir (zdobywca, zwycięzca) to dzielnica leżąca w samym sercu Stambułu. Kultura wyższa i popularna, rozrywka wszelaka, dogodny transport – wszystko to na wyciągnięcie ręki. Jeśli do tego marzy się nam stambulska bohema i artystyczne klimaty, nie mamy wyjścia – Cihangir to adres idealny – pisałam przed samą przeprowadzką do stambulskiej krainy hipsterstwa.


Tu, w malowniczych uliczkach, zatrzęsienie sklepów ze starociami, na prawie każdym rogu kuszą winyle, czarno-białe zdjęcia i pocztówki po kilka lir za sztukę. Sklepy vintage z ciuchami droższymi niż w polskich second-handach, mniej lub bardziej warte swej ceny. Znajdziemy tu istniejące od lat antykwariaty jak i nowe, powstające na fali popularności powieści Orhana Pamuka. W Çukurcuma znajduje się zresztą chętnie odwiedzane Muzeum Niewinności (powieść noblisty o tym samym tytule).


Mieszkańcy Cihangiru do fanów sztucznych site (osiedli) na pewno się nie zaliczają. Nie mają nic przeciwko polaryzacji, współistnieniu ze sobą różnych grup społecznych, kulturowemu misz maszowi, miejskiemu bajzlowi. Za tym bajzlem będę tęsknić najbardziej.

Czas na nowy plan pięcioletni, tym razem poniesie mnie na spokojniejsze wody.

poniedziałek, 11 lipca 2016

Letnie miraże


Odwieczne rozterki mieszczucha: już czy jednak trochę później? Poczekać do trzydziestki? Czterdziestki…? A może zamiast w totalną głuszę coś pomiędzy: mniejsze miasto w miejsce dwudziestomilionowego molocha? A jeśli jednak dzicz, to jak? Co z pracą, z galeriami, wystawami, kinami, kawiarniami…? Lista urbanistycznych uzależnień nie ma przecież końca.

A skoro jednak mega-miasto, to na ile dłużej w tej kupie, czy raczej grupie? Gdzie schować się przed napływem coraz większej fali coraz bardziej zestresowanych stresami miasta? I jak sobie z tą czkawką stresu radzić?

A to dopiero początek pytań. Bo jeśli jednak morze i palmy, to które z mórz? Z dala od turystycznych szlaków, bo letnich turystów trudno zdzierżyć, a z dwustu tysięcy ludzi robi się wakacyjne półtora miliona? Czy kompromisowo gdzieś pomiędzy, bo z czegoś trzeba się przecież utrzymać, a kto zapłaci za droższego w lipcu drinka, jak nie turysta? Machnie ręką, bo w końcu wakacje, więc co z tego, że przeciętne wino z supermarketu przemnoży się w knajpie przez pięć.

A potem trzeba sobie jeszcze odpowiedzieć na pytanie: co z zimą? Czy uroczy studenci z hipisowskiego kempingu będą przygrywać na gitarze z podobnym zaangażowaniem na przemoczonej wydmie, gdy o skały zadudni zimowy wicher? Zasiądą raczej w studenckim barze z dala od wakacyjnej mieściny, a nadmorskie kamienie staną się za zimne nawet dla najbardziej zahartowanych ulicznych psów, które z nudów zapadną w zimowy sen.

Ciężkie to życie, ciężkie.



  



wtorek, 7 czerwca 2016

Things I Didn't Know I Loved / Nâzım Hikmet

(...)
I never knew I liked
night descending like a tired bird on a smoky wet plain
I don't like
comparing nightfall to a tired bird




I didn't know I loved the earth
can someone who hasn't worked the earth love it
I've never worked the earth
it must be my only Platonic love



and here I've loved rivers all this time
whether motionless like this they curl skirting the hills
(...)
I know you can't wash in the same river even once
I know the river will bring new lights you'll never see
I know we live slightly longer than a horse but not nearly as long as a crow
I know this has troubled people before
and will trouble those after me
I know all this has been said a thousand times before
and will be said after me




I didn't know I loved the sky
cloudy or clear
(...)
I hear voices
not from the blue vault but from the yard



I never knew I loved roads
even the asphalt kind
(...)
Ramazan night
a paper lantern leading the way
maybe nothing like this ever happened
maybe I read it somewhere an eight-year-old boy
going to the shadow play



(...)
I never knew I loved the sun
even when setting cherry-red as now
in Istanbul too it sometimes sets in postcard colors
but you aren't about to paint it that way



(...)
I didn't know I loved clouds
whether I'm under or up above them
whether they look like giants or shaggy white beasts



(...)
I didn't know I liked rain
whether it falls like a fine net or splatters against the glass my
heart leaves me tangled up in a net or trapped inside a drop
and takes off for uncharted countries I didn't know I loved
rain


Fragmenty wiersza, tłumaczenie Randy Blasing i Mutlu Konuk
Zdjęcia jak zwykle mojego autorstwa :)

Nâzım Hikmet (1901-1963) – turecki poeta o polskich korzeniach, dramaturg i komunista, jeden z najbardziej znanych poza granicami swojego kraju tureckich pisarzy.

środa, 1 czerwca 2016

Stambuł: dachologia stosowana


Zobaczyć Stambuł z lotu ptaka, nie samolotu. Przysiąść na każdym dachu, nawet gdy nie jest się mewą. Marzenie?

Dachologia. Podniebne miasto to warszawski projekt-spacer po dachach stolicy. Czy da się go przenieść go na turecki grunt? Co zobaczyliby chętni skakania po nierównych stambulskich dachówkach?

Na pewno dużo mew. Także tych małych, głośno skrzeczących, które właśnie uczą się latać. Ich teren lepiej byłoby ominąć, waleczna mewa może zdrowo przyłożyć. Niewprawna noga spacerowicza mogłaby też zaplątać się o jakiś kabel, potknąć o poluzowaną dachówkę. Slalomem między antenami satelitarnymi – tak powinien nazywać się ten spacer.

Nie dotyczy to oczywiście hoteli, barów czy restauracji. Tam z dachów robi się odpowiedni pożytek. Knajpy z widokiem na Bosfor to kilka razy droższe wino i dwa razy wyższe napiwki. W jednym z podniebnych barów salsa, w innym swing. Znana restauracja rybna na najwyższym piętrze niepozornego hotelu – od razu chce się robić rezerwację. Dla żądnych innego rodzaju wrażeń – spanie na dachu za połowę ceny pokoju w hostelu, jakich wiele.

Również stambulskie strzeżone osiedla nie mogą pozwolić sobie na dachy-pułapki. Kuszą potencjalnych nabywców mieszkań basenami – może nie olimpijskich rozmiarów, ale nikt nie narzeka – w tygodniu mało kto ma czas na wodne eskapady, na osiedlowy luksus trzeba zarobić pracą w korporacji. A w weekendy… w weekendy jeździ się za miasto, w końcu firmowy samochód powinien się do czegoś przydać.

Dachy muszą odżyć. Dachowe ogrody to rajska wizja: za dnia – piknik, wieczorem – wino przy świetle księżyca. Sceptycy powiedzą, że przez miejskie światła i tak nie widać gwiazd. Co z tego, skoro dzięki temu można wypatrzeć czasem pokryte niebieskim, fluorescencyjnym światłem mewy? To lepsze niż delfiny w Bosforze za dnia. A z pewnością bardziej surrealistyczne...











sobota, 30 kwietnia 2016

Podziemna medytacja


Niektórzy już tak mają, że lubią architekturę sakralną. A że w kraju muzułmańskim głównie meczety, dawno temu odhaczyli ze swojej turystycznej listy wszystkie Błękitne, Sulejmany i inne must go, must see.

Jest jednak miejsce, do którego nikt nie pędzi wypchanymi tour busami. Meczet, o którym słyszało niewielu stambulczyków. A szkoda.
Piękny w swej prostocie, skromny i surowy. Wybrany budynkiem roku 2015 przez czytelników ArchDaily (w kategorii architektura religijna), położony na obrzeżach miasta, komponuje się z otoczeniem, jakby był jego nieodłącznym elementem.


Podróż metrobusem do Hadımköy – przedostatniego przystanku tego jakże fascynującego pojazdu (na temat którego krąży wiele historii, a właściwie już niemal legend) i kołaczące w głowie pytanie: jak oni tak mogą? jak oni tak mogą… codziennie?! Wczesne popołudnie, żadne tam godziny szczytu, a walka o miejsce siedzące trwa w najlepsze. Uważna obserwacja trasy pokonywanej każdego dnia przez wielu miejscowych przyprawia o zawrót głowy, jeśli nie mdłości.

Bloki, bloki, bloki. Starsze i dopiero co muśnięte ostatnim pędzlem dekoratorów. Te na ukończeniu i te, których masowa produkcja dopiero się zaczęła. Bezbrzeżna kraina betonu, jeden wielki plac budowy. „Stambuł nie ma końca” – myśl przewodnia wycieczki.

Z metrobusa w autobus, a od autobusu z buta. Kwadrans szybkiego marszu w asyście lokalnego psa-anioła-stróża i oto w szczerym polu, na wprost kompleksu nowobogackiej rezydencji o fantazyjnej nazwie „Toskania” (tak, tak…) wyrasta coś na kształt komina. To znak, że dotarliśmy do Sancaklar Camii, czyli meczetu którego nie widać, bo… znajduje się pod ziemią.

Beton, kamień, szkło, metal i wszystkie odcienie szarości. Z prochu powstałeś, w proch się obrócisz – przychodzi od razu na myśl. Taki był też cel projektu: bez pompy i przepychu, cicho i skromnie, nierozłącznie z naturą, ziemią.
Wrażenie za to nieziemskie.














Strona twórców projektu TUTAJ
TU film na YouTube